piątek, 9 listopada 2012

Rozdział 19


~~

     Przez kolejne tygodnie, spóźniałam się trochę do domu na kolację, jednak nie przeszkadzało mi to, tylko zakochiwałam się bardziej i co raz mniej miałam ochotę na jedzenie. Śnieg zaczął topnieć, a temperatura rosła w górę. W czwartkową noc, kiedy pisałam z Matem przez komunikatory, dostałam zaproszenie od niego na piątkowy mecz siatkówki. Miał on się odbyć na arenie sportowej. Z początku nie miałam ochoty, gdyż musiałam się zwolnić z zajęć, a sama nie chciałam tam iść. Jednak namówiłam April i udałyśmy się razem na mecz. Szybko dotarłyśmy i zajęłyśmy miejsca na trybunach. Do oficjalnego rozpoczęcia zostało pięć minut, przez które zdążyłyśmy zakupić popcorn i colę. Wreszcie rozbrzmiała muzyka, a na środek Sali wszedł ubrany w garnitur mężczyzna. Przywitał wszystkich zebranych, zaprezentował drużyny siatkówki oraz oznajmił, kto z kim zagra. Nasza szkoła miała realizować ze szkołą obok, od razu Mata drużyna wzięła się do roboty. Mecz wygrali bezbłędnie. Później chwila odpoczynku i kapitan przysiadł się na chwilę do nas.
- Jak podoba wam się mecz – zagadnął popijając wodę w między czasie.
- Jest fajnie – odrzekłyśmy chórem.
- Popcorn? – zaproponowała April podając kartonik z białymi kuleczkami.
- Nie dzięki, muszę już iść wołają mnie – uśmiechnął się i poszedł.
Ludzie dopingowali swoje drużyny i z zaciekawieniem kontrolowali wyniki. Kolejny mecz odniesiony zwycięstwem. Został ostatni, decydujący o złocie. Widziałam, że Mat i jego drużyna są spięci, to ich ostatni mecz w takim składzie. I piłka poszła w górę! Chłopak z przeciwnej drużyny przebił na naszą części boiska okrągłą, pasiastą, sprężystą kulkę. Na szczęście nasi się wybronili i wyszło ładne zagranie. Ale jednak, kolejne stracone, jeden zero dla przeciwników. Cholera…
- Ale emocje – odezwała się April, grzebiąc w pudełku.
- Fajnie – powiedziałam z uśmiechem, a w oczach miałam blask.
- Tylko żeby dali radę i wygrali – skomentowała.
- Masz rację, to chyba najważniejszy mecz w ich życiu – podsumowałam  i napiłam się coli.
Pierwsza połowa, była zwycięstwem dla przeciwników, czyli pierwszy set dla nich, niestety. Zaczął się drugi, a chłopcy dali z siebie wszystko i wyrównali. Została ostatnia część, decydująca o wszystkim. Piłka była długo w grze, dali sobie świetnie radę. Przewaga była minimalna i dzięki dobrej współpracy odnieśli kolejny raz zwycięstwo. Tłumy wiwatowały, na część naszej drużyny.
- Hej wygraliśmy! – pobiegł do nas Mat z radością wypisaną na twarzy.
- Wiemy, wiemy – odpowiedziałyśmy, zbierając się powoli z miejsc.
- A wy gdzie? Zapraszam was na imprezę, po meczu na naszą cześć! – zagadnął.
- Mat, dzięki ale ja odpadam – zabrała głos April, a ja spojrzałam na nią pytająco – jest taki zwyczaj, aby na imprezach z okazji wygranego jakiegokolwiek meczu przekazać koszulkę swojej drugiej połówce – wyjaśniła mi ciężko wzdychając.
-Wiesz Mat… – zaczęłam z wolna, kiedy moja przyjaciółka poszła do szatni – bardzo bym chciała iść, ale lekcję, sprawdziany, nauka… rozumiesz? – wymigałam się, głupio było mi zostawić samą April.
- Okej wiem, nic się nie stało. Spotkamy się innym razem – zapewniał mnie, ale wiedziałam, że jest zawiedziony.
-Dzięki – uśmiechnęłam się i wróciłam do przyjaciółki.

~~

Kiedy obudziłam się rano 20 maja, mama powitała mnie czekoladowym tortem i pudełkiem zapakowanym starannie w kolorowy papier. Zaspana uśmiechnęłam się lekko nie wiedząc, co powiedzieć, więc tylko wybełkotałam dziękuje i przetarłam oczy. Usiadłam na łóżku i przez moment milczałam zbierając myśli. Kiedy to nastąpiło mogłam przytulić się do niej i podziękować bardziej starannie niż przed chwilą. Rozpakowałam prezent, a moim oczą ukazał się prześliczny złoty łańcuszek z malutkim serduszkiem. Był on tak śliczny i skromny, że moje oczy od razu przybrały blask najjaśniejszych gwiazd. 
- Mamo dziękuje, jest wspaniały – przytuliłam ją raz jeszcze, lecz z całych sił – marzyłam o takim. Jest doskonały – uśmiechałam się cały czas na prezent, nie zauważając jak mama wstała z łóżka i postawiła tort na biurku.
- Daj pomogę ci go zawiesić na szyi.
Kiedy podarunek spoczywał już na moim dekolcie, wstałam i podeszłam do czekoladowego ciasta, był standardowo okrągły i okryty oblanymi czekoladą kuleczkami. Pożerałam je wzrokiem, kiedy mama zabrała mi je z przed nosa, co mnie lekko zdezorientowało.
- Za pół godziny masz zajęcia, a ty jesteś w piżamie – powiedziała melodyjnym głosem.
Popatrzyłam na nią błagalnie abym mogła zostać w domu.
- I nie rób mi takiej miny, za 10 minut jesz śniadanie, a później tata podwiezie cię do szkoły, tylko to jestem wstanie dla ciebie zrobić, pójdziesz tak czy siak, a że masz urodziny to cię nie zwalnia – wyrecytowała pięknie i wyszła z pokoju nie dając mi ani chwili na żadne negocjację. Miała jednak racę, dzisiaj zakończenie roku szkolnego absolwentów. Zakończenie roku Mata i Sue. Posmutniałam rozmyślając nad dramatycznym końcem naszej znajomości, kiedy przywrócił mnie do świata żywych budzik rozdzwaniający się na cały pokój. Ruszyłam szybko, żeby go uciszyć i zeszłam do łazienki, aby się umyć i umalować. W niecałe dziesięć minut, byłam gotowa i obżerałam się urodzinowym kawałkiem tortu. Słodycz rozpływała się w ustach, delektowałam się każdym małym kawałeczkiem, kiedy zaczęła poganiać mnie mama, abym szybciej skończyła, bo tata czeka już w aucie. Z moim wielkim łakomstwem, pożarłam ostatni kęs tortu, ucałowałam mamę i uścisnęłam ją mocno po czym założyłam trampki, zarzuciłam kurteczkę i ruszyłam do Petera.
Wiedziałam, co będzie dziś w szkole, nie przerażał mnie żaden sprawdzian, jak to, że dzisiejszy dzień wszystko zmieni. Szybko dojechaliśmy na miejsce, a ja denerwowałam się jeszcze bardziej. April dorwała mnie przy szafce złożyła życzenia i wręczyła ozdobioną torebkę, która kryła w sobie prześliczną bluzeczkę i kolczyki w kształcie wieży Eiffla.
- Dziękuje kochanie, że pamiętałaś – uśmiechnęłam się i przytuliłam. Jednak mój głos nie był wstanie ukryć mojego zdenerwowania.
- Ej kochanie nie martw się powiedział, że nic się nie zmieni to tak będzie.
- Wiem, ale sama rozumiesz, łatwo powiedzieć.
Przytuliła mnie podnosząc trochę na duchu.
- Ułoży się zobaczysz, ja wam życzę powodzenia.
- Ja sobie też – powiedziałam, aby rozładować napięcie i zaśmiałam się cicho – dobra idziemy na przedstawienie.
- Zgadzam się siostro.
    Na świetlicy zebrała się prawie cała szkoła, klasy kolejno zajmowały miejsca. Absolwenci ubrani w niebieskie togi, jedni z ulgą, drudzy z rozpaczą a jeszcze inni z obojętnością zajęli pierwsze ławki. Po boku ustawione były krzesła, czekające na nauczycieli. Scena była ozdobiona niezwykłymi materiałami. Kiedy szmer panujący wśród zgromadzonych ucichł, na środek wyszła pani dyrektor i powitała szczególnie absolwentów i ich rodziców, oraz nauczycieli. Chwilę później oddała głos uczniom młodszych klas i rozpoczęła się część artystyczna. Aktorzy wcielali się w różne osoby i wypowiadali poetycko, czasem zabawnie swoje kwestię. Przestawienie miało na celu, odtworzyć, choć w części pierwsze chwile w naszej szkole ostatnich klas. Grupka absolwentek uśmiechała się wycierając łzy. Chłopcy jednak pozostawali twardsi   i nie dali poznać swoich uczuć. Wyszukałam w tłumię Mata, jednak i on był dla mnie zagadką. Większą niż dotychczas, chociaż po wyrazie jego twarzy podobało mu się to, co ogląda. Przyglądałam się próbując wyczytać więcej, kiedy niespodziewanie spojrzał prosto na mnie uśmiechając się szeroko, zawstydziłam się i wyszłam kolejny raz na idiotkę – super –burknęłam pod nosem, ganiąc się równocześnie za moje zachowanie w chwili obecnej. Odwzajemniłam uśmiech, jednak on już był zajęty przedstawieniem, więc ja również wróciłam do oglądania.
     Nastąpił koniec, dyrektorka ponownie weszła na scenę, w towarzystwie wychowawców absolwentów. Kolejno wyczytywali imię i nazwisko ucznia, a ten wychodził na środek z uśmiechem na twarzy, kiedy dostawał swoje świadectwo. Przyszła i kolej na Mata, a pani dyrektor nie mogła nachwalić się jego dokonaniom, naukowym jak i fizycznym. Rozbrzmiały się oklaski i wiwaty, a grupa siatkarzy uniosła go na rękach robiąc niezwykłe przedstawienie. Podziękował wszystkim z wielkim uśmiechem i zauważyłam, że z trudem żegnał się z drużyną. Na jego miejsce wchodziło po swoje świadectwo jeszcze paru innych siatkarzy, mózgowców, tancerzy, śpiewaków w długich niebieskich togach ze śmiesznymi biretami na głowach. Jednak ubranie to sprawiało, że każdy był taki sam, na równi, ni gorszy ni lepszy.
- Nie znam prawdziwego znaczenia, po co zakłada się togi, lecz będę sobie wmawiać, że jednym z powodów jest ten, aby w tym dniu każdy był na tym samym poziomie społecznym – powiedziałam tonem jak jedna z tych mądralińskich – może nie intelektualnym, nie zabiegajmy za daleko – dodałam, kiedy ujrzałam jednego ze szkolnych podrywaczy, również pokazując go swojej towarzyszce. April zaśmiała się tylko.
       Rozdanie dobiegło końca i wszyscy poderwali się miejsc podchodząc do absolwentów, życząc im szczęścia i żegnając się. Mata obskoczyło pełno panienek, więc zwątpiłam i zrezygnowałam żeby z nim porozmawiać w tym momencie. Razem z przyjaciółką pogratulowałam świadectwa Sue i udałam się do szafki po rzeczy. Zarzuciłam plecak na ramię, zabrałam prezent od April i zamknęłam ją, jednak oparłam się o drzwiczki i rozmyślałam o ostatnich wydarzeniach. Nie mogłam uwierzyć, że rok szkolny dobiegł końca, że to tak szybko minęło, że Londyn stał się moim drugim domem.
- O czym tak myślisz? Uciekasz już? – Wystraszyłam się, kiedy Mat zmaterializował się przede mną.
Zapowietrzyłam się chwilowo nie wiedząc, co powiedzieć, poderwałam się jak głupia i upuściłam plecak na ziemię.
- Nie, to znaczy o niczym takim – uśmiechnęłam się głupkowato, kiedy podniósł i podał mi plecak.
-Dzięki.
-Nie ma za co, widzimy się dzisiaj na imprezie pożegnalnej u Damiena?
Zamurowało mnie, nic naprawdę nic nie wiedziałam o niej, czyżby to było zaproszenie?
-No co tak patrzysz? Będę u ciebie po siódmej – uśmiechnął się zawadiacko.
- No dobra, będę czekać – wyrwało mi się, chociaż nadal byłam zdezorientowana.
- To jesteśmy umówieni – uśmiechnął się i odszedł.
Patrzyłam na niego, a w gardle miałam gulę, byłam jednocześnie podekscytowana i zdenerwowana. Kiedy otrząsnęłam się z ostatnich wydarzeń, ruszyłam wreszcie do domu.

czwartek, 1 listopada 2012

Rozdział 18


~~

     Ferie minęły w szybkim tępię. Niestety przez ten czas nie udało mi się spotkać z Matem, jednak utrzymywaliśmy kontakt pisemny. Bałam się trochę zobaczyć go po długiej przerwie, ale jednocześnie nie mogłam się już doczekać. Z każdym dniem lubiłam go coraz bardziej. Czekałam tylko na jego wiadomość, a nie pisał zbyt często. Zazwyczaj po dwudziestej drugiej mogłam spodziewać się od niego esemesa. Byłam raczej przyzwyczajona do pisania całodobowego. Z innymi chłopakami wisiałam wręcz na telefonie. A Mat jest inny. Mimo tego, że ma duże powodzenie oraz jest popularny w całej szkole, to ani trochę nie przypomina współczesnego chama, którym zależy tylko, aby zaliczyć dziewczynę, złamać jej serce i odejść. Przez ten czas, jaki dane mi było go poznać, interesował mnie jeszcze bardziej.
   Z takim nastawieniem poszłam do szkoły po dwutygodniowej przerwie. Z uśmiechem na twarzy przekroczyłam drzwi budynku w towarzystwie April i Sue. Przez całą drogę słuchałam opowieści o niezwykłym wyjeździe koleżanek do Francji na narty. Wspominałam tylko o pobycie w Nowym Orleanie, jednak obie mnie przegadały. Na korytarzu spotkałam Mata w towarzystwie kolegów. Pomachał mi tylko i wrócił do rozmowy. Zmarkotniałam, nie wiedziałam czy wstydzi się mnie, czy co tam innego nie pozwala mu ze mną porozmawiać. W sumie, co się dziwić, jestem jedenastoklasistką, chudą, rudą, małolatą, która wiąże zbyt dużo nadziei z gwiazdą siatkówki. Przecież on ma takich słodkich idiotek na pęczki, Westchnęłam smutno podchodząc do szafki.
- Co jest? Stało się coś? – spytała April.
- Ech, nic – uśmiechnęłam się blado – po prostu za dużo myślę.
Nie pociągnęła dalej tematu. Zabrałam z szafki książki i udałyśmy się na angielski.

~~


   Zabierając się z powrotem z April do domu, poczułam jak ktoś szarpnął mnie za łokieć. Oburzona postępowaniem nieznajomego osobnika, odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego Mata.
- No cześć – zagadnął.
- Hej – powiedziałam nieśmiało, poprawiając płaszcz.
- Przyszedłem spytać czy nie wybrałabyś się ze mną na spacer – zaproponował rumieniąc się na policzkach.
Spojrzałam przepraszająco na April, ta jednak uśmiechnęła się.
- Naprawdę nie masz nic przeciwko? – szepnęłam jej na ucho.
- Cos Ty, idź – wyszczerzyła się i sobie poszła, tak po prostu.
   Zarzuciłam plecak na ramię i ruszyliśmy do parku. Miasto okryte było śniegiem, co normalne w lutym. Nadal w zimowym płaszczyku, kozakach i ciepłej czapce, szliśmy razem w stronę Hyde Parku. Z początku milczeliśmy oboje, jednak zdecydowałam się przerwać tą niezręczną ciszę i opowiedziałam mu o moim pobycie  w Nowym Orleanie. Gadając jak na jęta, nie zauważyłam śliskiej powierzchni na chodniku i wywinęłam tak zwanego orła. Obiłam sobie pupę i prawe udo, Mat pomógł mi się podnieść ukrywając nieudolnie rozbawienie. Z początku czułam się głupio, jednak i mnie dopadł śmiech. Wtedy pod wpływem chwili wepchnęłam go w wielką śnieżną zaspę, która prawie cała go okryła. Kiedy próbowałam podać mu swoją pomocną dłoń, odwdzięczył się mi i pociągnął do siebie, wtedy i ja się przewróciłam tonąc w lodowatym śniegu. Leżeliśmy przez chwilę obok siebie, z uśmiechem na twarzach, czerwonymi policzkami i z chłodnym oddechem, ale w końcu zaczęłam drżeć z zimna, a zęby  nieatrakcyjnie zgrzytały. Chciałam się podnieść, jednak Mat mnie ubiegł, wstał w mgnieniu oka i pomógł mi podnieść się z białego puchu. Wtedy zauważyłam, że nie ma na sobie żadnej kurtki, tylko grubszy sweterek w paski, a szyje otuloną ciepłym szalikiem. Spojrzałam w jego niebieskie rozbawione tęczówki  i uśmiechnęłam się do niego słodko, żeby nie wyjść na większą idiotkę, niż wyszłam przed chwilą.
- Co powiesz na ciepłą czekoladę i ciastko? – zagadnął niespodziewanie.
Powstrzymując zgrzyt, który i tak nie pozwalał mi nic powiedzieć, pokiwałam głową i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Wtedy złapał mnie za rękę i powędrowaliśmy do jednej z ciepłych kawiarni.
     Zapadł wieczór, a my musieliśmy wracać do domu, zapłacił za nas i podał mi płaszcz. Założyłam czapkę i przygotowałam się na zimno czekające na mnie za drzwiami. Wychodząc z budynku powoli kierowałam się w stronę mojego domu, jednak Mat złapał mnie za rękę, dając trochę ciepła i zaproponował, że mnie odprowadzi.

~~

      Wchodząc do domu, szybko zamknęłam za sobą mróz i przytuliłam się do ściany ociekając ze szczęścia. Spojrzałam na dłoń, którą przed chwilą trzymał Mat, a w głowie miałam całe popołudnie.
- Hej kochanie, co tak późno wróciłaś?
Z salonu dobiegł głos mojej mamy, otrzepałam się ze wspomnień, wzięłam trzy długie wdechy i zaczęłam się rozbierać.
- Wiesz mamo, skończyliśmy trochę później a na dworze było strasznie zimno, więc z April postanowiłyśmy iść na czekoladę i tak się zagadałyśmy… - trajkotałam jak najęta.
- To widzę, że wypadł się udał – powiedziała, kiedy wkroczyłam do pokoju i zauważyła mój szeroki uśmiech.
- Nawet bardzo - podsumowałam, nic więcej nie zdradzając, bo szczerze nie wiedziałam, co dalej powiedzieć, więc podeszłam tylko i ucałowałam ją w policzek, poczym udałam się do swojego pokoju. Wchodząc na piętro, poczułam wibrację w kieszeni, ale wiadomość odczytałam zamknięta w swoim pokoju, abym mogła się w samotności nacieszyć dzisiejszym dniem.
     Uwaliłam się na łóżku i przyłożyłam twarz do poduszki, poleżałam tak kilka minut póki mogłam jeszcze czym oddychać. Przypomniało mi się o esemesie, więc podniosłam się i przysiadłam na parapecie, wyjmując telefon, oczywiście wiedziałam, że Mat jest nadawcą, więc moje podekscytowanie było jeszcze większe. Wcisnęłam, więc odczytaj i ku moim oczom ukazał się napis:

Dziękuję za dzisiejszy dzień

Szybko odpisałam i popatrzyłam w noc za oknem, płatki śniegu obijały się o cegłę i układały się lekko do snu, wtedy i ja poczułam senność na powiekach. Pozwoliłam sobie rozciągnąć nogi i przyłożyłam głowę do ściany, i tak w pełni szczęśliwa zasnęłam z uśmiechem na ustach.

Rozdział 17


~~

    Kolejne dni mijały szybko, niemal codziennie widywałyśmy się w trójkę na mieście. Gadałyśmy godzinami, wygłupiałyśmy się. Mogę stwierdzić, że praktycznie wróciły dawne czasy, przed przeprowadzką. Gdyby nie fakt, że została mi ostatnia noc w Nowym Orleanie. Tego dnia, wszystkie postanowiłyśmy urządzić piżama party. Mieszkanie wypożyczyła nam na noc mama Alice, więc mogłyśmy spać u niej. O osiemnastej już siedziałyśmy na kanapie i przeglądałyśmy magazyny o modzie. Cieszyłam się każdą chwilą z dziewczynami, szczególnie, kiedy wiedziałam, że zostało mi parę godzin do powrotu.
- Ej słuchajcie mam pomysł – znad gazety odezwała się Alice – co powiecie na malowanie paznokci? – powiedziała radośnie patrząc na swoje dłonie.
- To świetny pomysł! – odezwała się Rose – muszę w końcu moje ogarnąć,
a nie miałam motywacji.
- Ja chce czerwony! – powiedziałam wpatrując się w całkiem fajny zestaw.
- Dobra to lecę – poderwała się Alice i zniknęła za drzwiami.
- O to jest ciekawe – zagadnęła Rose, zaglądając mi przez ramię.
- W sumie nie drogie.
- Jestem, jestem – w mgnieniu oka pojawiła się gospodyni z koszyczkiem lakierów.
Poderwałyśmy się obie i podleciałyśmy, aby pochwycić jeden z flakoników – A masz zmywacz? – odezwała się Rose, grzebiąc w koszyczku.
- Coś powinno być – odpowiedziała Alice sięgając do szafki w biurku – o jest – krzyknęła tryumfalnie, stawiając buteleczkę na stoliku. Nagle pokój wypełniło głośne burczenie, wydobywające się z mojego brzucha.
- Ale jestem nierozważna! – Alice klepnęła się w czoło, wstając na równe nogi – co zjecie?
- W sumie to ja mam ochotę na tosty – wyrwała się Rose, spoglądając na mnie.
- Dobry pomysł. Emily chcesz? – spojrzały na mnie maślanymi oczyma.
- Ale pomożecie mi oczywiście – wyszczerzyłam się i opuściłam pokój.
Dziewczyny poczłapały za mną do kuchni.
- No więc, tu jest toster – Alice wyłożyła białe kwadratowe pudełko na blat – Rose, posmarujesz kromki?
- Jasne – odpowiedziała z uśmiechem i złapała za nożyk
Miałam zgraną załogę i w niecałe pięć minut pierwsze dwa tosty zajmowały miejsce na talerzyku. Upieczone, wylegiwały się czekając na pozostałe i wypełniając zapachem cały dom. W między czasie gospodyni wstawiła wodę na herbatę i wyłożyła kubeczki.
- I co z Patrikiem? – zagadnęła Alice szukając łyżeczek w szufladzie.
- No nic, jak na razie – stwierdziła Rose w zamyśleniu.
Poczułam lekką wibrację w moich spodniach i wyjęłam telefon. Dostałam wiadomość od Krisa.
- Emily i jak myślisz? – odezwała się Alice i spojrzała na mnie wyczekująco.
- Ja? A tak – podniosłam głowę znad komórki – poczekamy, zobaczymy jak to się ułoży – posłałam im uśmiech.
- Ta, Mat się odezwał – podsumowała Rose przewracając oczami.
- No właśnie nie on – odpowiedziałam smutno.
- Kris? – zapytała cicho Alice.
- Niestety, znowu – zablokowałam telefon i schowałam z powrotem do kieszeni w spodniach.
- Musisz z nim porozmawiać – dodała Rose.
- Wiem – powiedziałam i wyjęłam dwa tosty na talerzyk – a tak na marginesie, to nie wiem co z Matem.
- No w sumie chłopak mnie denerwuje, niezdecydowany jakiś – pochwyciła temat Alice i zalała kubki gorącą wodą.
- Właśnie, nawet sobie nie wyobraża, na jaką super dziewczynę trafił – wtrąciła się Rose zeskakując ze stołu.
- Przesadzacie – powiedziałam i włożyłam kolejną turę do tostera.
- Straciłaś normalnie głowę dla niego, gdzie jest ta Emily? Pewna siebie i stanowcza, którą tak podziwiałam – wyklepała – Rose mam rację?
- Masz. Pamiętam jak mówiłaś „Nie ten to inny” a teraz „przesadzacie!” –zaśmiała się złośliwie.
- Wymyślacie i tyle – nerwowo dłubałam w toście.
- Zrobisz jak uważasz, ale moim zdaniem powinnaś porozmawiać z Matem i z Krisem – podsumowała szukając cukru.
- Alice ma rację, chłopak cię olewa, a Kris jest tobą wyraźnie zainteresowany – podsumowała Rose.
- Ale ja nim nie jestem – powiedziałam i przeniosłam talerzyk z blatu na stół – w dodatku z Matem nic nie wiadomo, może to nie to? Po co się spieszyć?
- Ile słodzicie – zapytała Alice trzymając w ręku cukiernicę.
- Dwie… - oznajmiła Rose siadając na krzesełku.
- i pół – dodałam do wypowiedzi przyjaciółki i zajęłam miejsce.
- Tak masz rację, ale wiecznie na niego czekać nie będziesz moja droga –paplała wsypując cukier do kubków – w dodatku nawet, jeśli będziesz, to skąd wiesz czy coś z tego będzie później?
W milczeniu przełożyłam tost na swój talerzyk i zalałam go ketchupem.
- Emily wiesz, że chcemy dla ciebie dobrze, a ty się zadręczasz – wtrąciła Rose przegryzając kawałek jedzenia.
- Wiem i dziękuje wam za to skarby - powiedziałam i cmoknęłam do nich uśmiechając się – Alice, a jak tam z Johnem – zapytałam mieszając herbatę.
- A bardzo dobrze, wiecie jaki z niego zazdrośnik – uśmiechnęła się cała umorusana w tłuszczu – jak tak na tej imprezie tańczyłam z tym no, jak mu tam…
- Lukasem! – wtrąciła śmiejąc się Rose – on to niezły agent jest!
- Właśnie, jak tańczyłam z Lukasem, to John mnie zabrał i szepnął na uszko „ja wiem, że on jest pijany, ale zaraz mu przywalę”
- O słodko – jednogłośnie wypowiedziałyśmy się razem z Rose.
- Wiem, to super chłopak – podsumowała Alice i zabrała się za dalsze jedzenie.



~~


      Następnie wróciłyśmy do pokoju i nabrałyśmy ochoty na zdjęcia. Każda z nas za pozowała przed aparatem oraz miała okazję go obsłużyć. Później zabrałyśmy się za oglądanie filmów online, między innymi mojego serialu „recipe for life”. W skupieniu zachwycałam się kolejnym ciekawym odcinkiem, jednak byłam sama, ponieważ moje przyjaciółki tylko lubiły ten film. W między czasie, przebrałyśmy się w piżamy i umyłyśmy. Ku końcowi ostatniego repertuaru załączyła nam się gadka na wszelkie tematy. Te błahe jak i te poważniejsze. Zmęczone dniem, a raczej nocą, ułożyłyśmy się grzecznie w łóżeczku, przytulając do poduszek. O dziewiątej zadzwonił mój telefon, konkretniej budzik, który informował o niedługim wylocie. Wstałam zaspana i podreptałam do łazienki. Dziewczyny również przerwały swój sen i zaczęły znowu rozmawiać. Po piętnastu minutach wstała moja wierna przyjaciółka, z którą wracałam do domu, po walizkę. Obie ubrałyśmy się i czekałyśmy na przyjazd rodzica Rose.
- Jejku Alice jak wspaniale było Cię znowu zobaczyć – przytuliłam się do niej.
- Emily tęsknimy za Tobą cały czas. Zaraz się rozpłaczę – wybąknęła ledwo Alice.
- Mam pomysł wsiadaj z nami na lotnisko – zaproponowała Rose.
- To genialne – podsumowała Alice i wybiegła do łazienki się ogarnąć.
Usiadłam na łóżku i wzięłam na kolana laptopa, zalogowałam się na pocztę i sprawdziłam wiadomości. Przysiadła się do mnie Rose i przyłożyła głowę do mojego ramienia.
- Szkoda, że musisz wyjeżdżać – powiedziała zaspana.
Spojrzałam na nią smutno.
- Też wolałabym zostać, niż wracać.
- To nie leć, pójdziesz ze mną do szkoły i możesz mieszkać u mnie cały czas, jak przez ten tydzień.
- Rose, jesteś wspaniała – uśmiechnęłam się i pocałowałam ją w policzek. Oczy zaczynały mnie piec, więc musiałam zamrugać, aby powstrzymać łzy.
- Dobra. Gotowa – zabrała głos Alice wracając z łazienki.
- Super, tylko jeszcze taty nie ma – skomentowała Rose.
- Mamy jeszcze czas nacieszyć się moim pobytem – powiedziałam nieco egoistycznie.
- Emily, poczekaj! Dam ci coś – pisnęła Alice grzebiąc przy biurku.
Bacznie ją obserwowałam i zauważyłam, że wyjmuje płytkę CD. Podeszła do nas i zabrała mi komputer, po czym włożyła ją i skopiowała zdjęcia. Wyjęła i zamknęła laptopa.
- Masz, kiedy będzie ci smutno i będziesz tęsknić.
- Kochane jesteście – powiedziałam i przytuliłam je mocno.
- O jest! – krzyknęła Rose wyglądając zza mojego ramienia i patrząc w okno.
    Wszystkie włożyłyśmy płaszczyki na plecy i wpakowałyśmy się do samochodu. U Rose siedziałyśmy niedużej jak godzinę zanim pozbierałam wszystkie swoje rzeczy. Spojrzałam na telefon. Za czterdzieści pięć minut miałam samolot. Zapakowałyśmy walizki do pojazdu taty Rose, który zgodził się mnie odwieźć. W milczeniu jechałyśmy na lotnisko, myślę że każda z nas przypomniała sobie jak w październiku żegnały mnie, kiedy wyprowadzałam się do Londynu. W samochodzie panowała napięta atmosfera. Gardło miałam ściśnięte, kiedy miałam miasto. Słyszałam jak w środku krzyczało moje ciało: Ja nie chce! Nie chce! Zawróćmy! – Jakby we mnie zamknięte było małe rozkapryszone dziecko. Ale niestety, po kwadransie zaparkowaliśmy przed lotniskiem i zaczęliśmy zbierać moje bagaże. Każda z nas miała wypisany smutek na twarzy i czerwone oczy.
- Dziękuję, że się pan zgodził - zwróciłam się do taty Rose.
-Nie ma za co Emily, pozdrów rodziców ode mnie – powiedział i przytulił mnie na pożegnanie – Dobra, to ja poczekam na was w samochodzie.
      Ruszyłyśmy wszystkie do kasy, abym mogła zakupić bilet. Pamiętałam jak ostatnim razem stałam tutaj z mamą i byłam tak załamana, że nie wiedziałam nawet, co się dzieje. Usłyszałam przez głośnik, że mój samolot startuje za parę minut. Spojrzałam na moje przyjaciółki smutno i przytuliłam je.
- To co znowu zostały nam komunikatory – zażartowałam, po czym wszystkie wybuchnęłyśmy płaczem.